Where there is desire
There is gonna be a flame
Where there is a flame
Someone’s bound to get burned
But just because it burns
Doesn’t mean you’re gonna die
You gotta get up and try and try and try..
Czasami jednak.. Ile można próbować? Ile razy można się poparzyć, aby zauważyć, że to jednak boli? Że po zetknięciu z ogniem zostaje na skórze poparzenie? Ile czasu musi minąć, aby zauważyć, że ma się na ciele już kilka takich poparzeń?
Jednak..
Czy warto jest wchodzić w układ bez przyszłości, tylko po to, aby zaspokoić ciekawość i wypełnić pustkę? Warto być jak kukiełka? Tylko po to, aby mieć spokój przez pewien czas. Aby nie denerwować się o przyszłość i o samotność. Warto?
Czy lepiej pozostać wiernym swoim ideałom?
Nie chcę poświęcać tej sprawie Bóg wie ile jeszcze czasu. Życia. Słów. Kartek. Po prostu... Nie chcę. Nie warto.
It must have been something that send me out of my head.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
06. Rule number one says that you gotta have fun.
25 grudnia.
Tak więc.. Święta.
Mimo iż jestem bardzo znad morza, wychowałam się na góralskich wersjach kolęd i teraz w momencie gdy słyszę je w "powszechnie znanych" wersjach, chce mi się płakać. Przecież to radosne święta, czemu kolędy są grane w takich smutnych, jęczących melodiach? Czy nie powinno być tak, że skoro świętujemy chrześcijańskie święto, a więc świętujemy narodziny syna Bożego - nie powinniśmy się z tego cieszyć? To tak jakby urodziło się dziecko w rodzinie, a my zamiast się cieszyć to siedzimy i dumamy nad zapowiedzią jego smutnego życia. O tym, że nie będzie miał pracy i będzie cierpiał. W sumie dobrze byłoby wybrać już mu nagrobek.. NO LUDZIE.
Dlatego cieszę się, że jak myślę o kolędach, to do głowy przychodzą mi zdecydowanie takie melodie jak ta wyżej, wspomagane mnóstwem instrumentów, z których ja najbardziej słyszę skrzypce. No cóż, przynajmniej moja rodzina przeżywa święta w wesoły sposób.
Ostatnio usłyszałam stwierdzenie, że magia świąt zniknęła w miejscu, w którym zdecydowaliśmy się opuścić dzieciństwo. Teraz święta to już tylko konsumpcjonizm i materializm.
Ciężki temat, bo różne są rodziny, różne relacje, różna przeszłość.
Osobiście nie uważam, żeby to stwierdzenie było prawdą, ale to tylko dlatego, że w mojej rodzinie magia pozostała. Tylko i wyłącznie dlatego przeżywam święta w taki sposób, że jadąc do nich w grudniu odcinam się od reszty świata. Tylko dlatego to tak dla mnie wygląda.
Reszta jest smutna.
Tak więc.. Święta.
Mimo iż jestem bardzo znad morza, wychowałam się na góralskich wersjach kolęd i teraz w momencie gdy słyszę je w "powszechnie znanych" wersjach, chce mi się płakać. Przecież to radosne święta, czemu kolędy są grane w takich smutnych, jęczących melodiach? Czy nie powinno być tak, że skoro świętujemy chrześcijańskie święto, a więc świętujemy narodziny syna Bożego - nie powinniśmy się z tego cieszyć? To tak jakby urodziło się dziecko w rodzinie, a my zamiast się cieszyć to siedzimy i dumamy nad zapowiedzią jego smutnego życia. O tym, że nie będzie miał pracy i będzie cierpiał. W sumie dobrze byłoby wybrać już mu nagrobek.. NO LUDZIE.
Dlatego cieszę się, że jak myślę o kolędach, to do głowy przychodzą mi zdecydowanie takie melodie jak ta wyżej, wspomagane mnóstwem instrumentów, z których ja najbardziej słyszę skrzypce. No cóż, przynajmniej moja rodzina przeżywa święta w wesoły sposób.
Ostatnio usłyszałam stwierdzenie, że magia świąt zniknęła w miejscu, w którym zdecydowaliśmy się opuścić dzieciństwo. Teraz święta to już tylko konsumpcjonizm i materializm.
Ciężki temat, bo różne są rodziny, różne relacje, różna przeszłość.
Osobiście nie uważam, żeby to stwierdzenie było prawdą, ale to tylko dlatego, że w mojej rodzinie magia pozostała. Tylko i wyłącznie dlatego przeżywam święta w taki sposób, że jadąc do nich w grudniu odcinam się od reszty świata. Tylko dlatego to tak dla mnie wygląda.
Reszta jest smutna.
sobota, 20 grudnia 2014
05. Jolene, Jolene, Jolene, Jolene..
Dałam sobie przerwę na szukanie tematu.
W środę wyjechałam z miasta. Rano poszłam do szkoły, ściągnęłam na sprawdzianie i urwałam się z lekcji już o 9 - po to, by spotkać się z przyjaciółką i spędzić z nią trochę czasu przed świętami. Pociąg miałam o 14, ale nie byłam nawet spakowana, więc posiedziałam z nią tylko ze trzy godziny. Dla mnie (nas) to tylko trzy godziny, mijają nie wiadomo kiedy.
Po 14 załapałam się na pociąg z siostrą, która przyjechała do mnie kilka dni wcześniej. Przegadałyśmy całe prawie trzy godziny, brakowało mi tego.
A w czwartek zachorowałam i do tej pory kicham, prycham i wszystko co możliwe. Wiem, kiedy zachorować - święta to po prostu IDEALNY czas. (ironia) Chociaż w tym roku i tak nie będą zbyt ciekawe.. Siostra wyjeżdża, pół rodziny skłóconej. Mam dosyć wszystkiego, chciałabym się odciąć tak kompletnie od wszystkiego na dwa tygodnie, a tu już za trzy dni rodzina przyjeżdża..
Obecnie przebywam u siostry w mieszkaniu. W tym samym bloku mieszka kilka ciekawych osób. Są to głównie ludzie w wieku mojej siostry i jej męża, ale jeden mężczyzna przykuł moją uwagę. Na sam początek trzeba zaznaczyć, że nie jesteśmy w żadnym z tych największych miast. Nie pokazują go na mapie podczas podawania pogody w TVP. Jednak.. Jest to dalej Polska. Tak więc w bloku mojej siostry mieszka transwestyta.
Zapowiedziałam to, jakby było to wielką, niesamowitą informacją. Jakby miał cztery nogi, dwie głowy i osiem par oczu. I zrobiłam to nieumyślnie. Właśnie o tym chciałam opowiedzieć.
Ludzie reagują na niego różnie. Jedni witają się z nim z normalnym, zwyczajnym uśmiechem, inni chichoczą, jeszcze inni uciekają, zamykając szybciej drzwi, aby tylko nie spotkać się z nim w przejściu. Moja rodzina na szczęście należy do pierwszej grupy, jednak styka się też z drugą. Mąż mojej siostry nie jest zbyt.. Tolerancyjny. Pan o którym opowiadam nosi bardzo wysokie szpilki. Z tego co zauważyłam, jest to nieodłączny element jego codziennego stroju, chociaż jakby spojrzeć od pasa w górę, to wygląda jak zwyczajny facet. Ma długie włosy, brodę, skórzaną kurtkę. I szpilki. Jednak widziano go również w sukienkach, spódniczkach, makijażu etc. Ale chyba może żyć, tak jak się jemu podoba, prawda? Ucieka na schodach, żeby na nikogo nie wpaść. Ma dosyć.. Groźną minę. Moim zdaniem jest to rodzaj obrony. Mieszkający tutaj stwierdzili, że jest nieprzyjemny, bo zawsze wygląda jakby był gotowy do "ataku", a dla mnie jest to oczywiste, że owszem, jest przygotowany do ataku, ale skierowanego w jego stronę. Jest gotowy, aby się bronić. Ale nie chciałam w sumie mówić o tolerancji czy też jej braku w naszym kraju, bo zdania są podzielone. Jest, nie ma. Ludzie są różni. Są tolerancyjni, otwarci i są tacy, którzy stoją murem za "normalnością" i też mają do tego prawo, byleby nie byli agresywni, ale to tyczy się również 'tolerancyjnych' - taki oto jest mój pogląd. Żyjmy i dajmy żyć innym.
Chciałam raczej pomówić o tym, że wszyscy jednak jesteśmy ludźmi i odzywają się w nas jakieś głęboko osadzone myśli, które nawet tych tolerancyjnych - lub tak siebie określających - sprowadzają do miana nietolerancyjnych. Opowiem ze wstydem na przykładzie swoim i swojej siostry. Obie jesteśmy - i tu trzeba przyznać, że poza tym co się zdarzyło, to serio jesteśmy - tolerancyjne. Kiedy zadzwoniła do mnie ze dwa miesiące temu, że obok niej wprowadził się ciekawy mężczyzna, obie parsknęłyśmy śmiechem. Opowiadała, jak to nosi szpilki i jeździ w nich na rowerze. Pamiętam, jak najpierw mnie to strasznie rozbawiło. Pamiętam również to uczucie wstydu, które okrywało mnie niczym cień. Po kawałeczku, stopniowo, aż do końca. Dalej jest mi wstyd, że na początku mnie coś tu rozśmieszyło. Pan wygląda naprawdę sympatycznie i jest mi go szkoda, że żyje z uczuciem, że ktoś go zaatakuje. Wieczorem, kiedy połowa bloku wychodzi na papierosa w któreś miejsce, czy to obok budynku, czy to na taras - on, również palący, już nie wychodzi. Może po prostu nie lubi palić wieczorem, ale może również się bać. Wiem, że dziwnie reagują na niego ludzie, ale wiem również, że duża ilość stara się być dla niego miła i pozwalać mu żyć tak, jak chce. A to się chwali.
Może nie jest idealnie. Prawdopodobnie nigdy nie będzie. Bo co to znaczy idealnie? Nigdy raczej nie będzie tak, że wszyscy będą tolerancyjni, skoro nawet w moim, młodym pokoleniu wyrastają już ludzie, którzy uważają że na przykład homoseksualizm to choroba i należy to zwalczać. Oni będą mieć dzieci, będą wpajać im tą naukę i to się będzie ciągnąć przez kolejne pokolenia. Ja miałam szczęście wyrastać w rodzinie, która kierowała się właśnie myślą "żyj i daj żyć innym", pomimo, że również z moimi rodzicami mamy różne poglądy na wiele spraw, co nie zmienia faktu, że jesteśmy w stanie nawzajem siebie wysłuchać. Dużo mnie nauczyli w tym temacie. Mój ojciec ironicznie podchodzi do sprawy gejów i lesbijek, ale nie kłóci się z nami, gdy ktoś ma znajomego homoseksualistę (np. ja). Ale istnieją przecież też tacy ludzie, co gejowi ręki nie uścisną. To już jest podejście złe, bo nie traktuje się drugiej osoby jak człowieka, którym przecież jest.
Ciężki temat. Ale chyba lepiej być szczerym człowiekiem i zauważając swój błąd zreflektować się, niż trwać w nim w dumie. Ciężka sprawa.
niedziela, 7 grudnia 2014
04. Remembering him comes in flashbacks and echoes.
Przerażające, jak bardzo ludzie się potrafią zmienić. Nagle odkrywa się, że ta osoba pomimo, że żyje, to tak jakby.. dla nas nie żyła. Bo w sumie jest już kompletnie kimś innym i z tego człowieka, który był nam bliski nie zostało już nic.
Losing him was blue.
W zasadzie nie przychodzi mi do głowy nic, co nie ma związku z przyziemnymi rzeczami. Jutro poniedziałek, recytacja wiersza. Później wtorek, środa.. Zaraz święta. Za miesiąc przyjaciółka ma urodziny. Nic ciekawego. Codzienność. Zwykła, szara rzeczywistość.
A. Mickiewicz
"Gdy tu mój trup"
Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
w oczy spogląda wam i głośno gada,
dusza wtenczas daleka, ach daleka,
błąka się i narzeka, ach narzeka.
Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej.
I liczne mam serca mego rodzeństwo.
Piękniejszy ten kraj, niż ten co w oczach stoi,
rodzina milsza, niż całe pokrewieństwo.
Tam, wśród prac i trosk i wśród zabawy,
uciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,
tam leżę wśród bujnej i wonnej trawy.
Tam pędzę za wróblami, motylami.
Tam widzę ją, jak biała po ganku stąpa.
Jak ku nam w las wśród łąk zielonych leci,
jak pośród zbóż, jak w toni wód się kąpa,
i ku nam z gór jako jutrzenka świeci.
Losing him was blue.
W zasadzie nie przychodzi mi do głowy nic, co nie ma związku z przyziemnymi rzeczami. Jutro poniedziałek, recytacja wiersza. Później wtorek, środa.. Zaraz święta. Za miesiąc przyjaciółka ma urodziny. Nic ciekawego. Codzienność. Zwykła, szara rzeczywistość.
A. Mickiewicz
"Gdy tu mój trup"
Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
w oczy spogląda wam i głośno gada,
dusza wtenczas daleka, ach daleka,
błąka się i narzeka, ach narzeka.
Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej.
I liczne mam serca mego rodzeństwo.
Piękniejszy ten kraj, niż ten co w oczach stoi,
rodzina milsza, niż całe pokrewieństwo.
Tam, wśród prac i trosk i wśród zabawy,
uciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,
tam leżę wśród bujnej i wonnej trawy.
Tam pędzę za wróblami, motylami.
Tam widzę ją, jak biała po ganku stąpa.
Jak ku nam w las wśród łąk zielonych leci,
jak pośród zbóż, jak w toni wód się kąpa,
i ku nam z gór jako jutrzenka świeci.
Mimo, że wszystko minęło, nic nie pozostało, ta piosenka dalej mnie wzrusza, przypominając piękne chwile. Wakacje, lipiec. Piękne, żółte słońce i jego poświata przebijająca się przez drzewa, na których były zielone, jasne liście. W powietrzu zapach skoszonej trawy. Niebieskie jak nigdy niebo. Krzyk dzieci z boiska. I to uczucie błogiego spokoju. I ten nos, wtulający się w skroń. Tak.. Wtedy było idealnie.
Ale szybko się skończyło. Może to i lepiej, że już nigdy nie było tak samo.
piątek, 5 grudnia 2014
03. I used to be love drunk.. But now I'm hangover.
Jak to jest..
Wspominać wieczorem swoją (byłą) miłość i następnego dnia rano ją spotkać? W dodatku przez czysty przypadek i zbieg okoliczności?
~*~
Po czterech dniach nieobecności poszłam dzisiaj do szkoły. Z samego rana nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, poza tym, że zadzwoniła przyjaciółka i z uwagi na to, że nie widziałyśmy się przez kilka dni, poprosiła, abyśmy spotkały się po ósmej w zajezdni, gdzie przesiądziemy się w następny autobus. Zgodziłam się. Później nam się skomplikowało, miałyśmy jechać inaczej. Poszłam na przystanek, patrzę - jedzie autobus na zajezdnię. Miałam dużo czasu, więc pojechałam. W międzyczasie zadzwoniłam do niej, że zaczekam. Tak wylądowałam o 8:30 na zajezdni. Za chwilę jednak przyjechała i Ona więc pojechałyśmy do centrum. Zrezygnowałyśmy z pierwszej lekcji i pojechałyśmy kawałek dalej, aby zahaczyć w samym centrum o nasz ulubiony kiosk. Kiedy już opuściłyśmy autobus i udałyśmy się w kierunku danego sklepu, musiałyśmy przejść dwa przejścia przez jezdnię.
Środek miasta, więc tłok, ludzi pełno, samochody jeżdżą, a ja szukałam portfela na środku chodnika. Ona stała obok, opowiadając o swoim byłym chłopaku. Co jakiś czas przerywałyśmy jej opowiadanie salwą śmiechu. Szukania portfela w wielkiej Czarnej Dziurze ciąg dalszy. (a jest duży i czerwony, no błagam!)
- Chciałam go zablokować. Serio.
- I dlaczego nie zablokowałaś?
- Nie no chciałam, ale.. No nie. Nie.
W tym momencie spojrzałam na nią badawczo, zdziwiona lekko, że przerwała. Nie za bardzo zrozumiałam, o co chodzi, ale widząc jej minę, od razu spostrzegłam się, że musiała zauważyć po przeciwnej stronie przejścia kogoś, kogo nie chciała (nie chciałyśmy?) spotkać. Podążając za kierunkiem jej wzroku spojrzałam na ludzi na przeciwko. Zaraz przy jezdni było ich mnóstwo. Była pani w czerwonym płaszczu, pan z koszykiem, chłopak od nas ze szkoły i inny, który przypominał naszego kolegę. Zahaczyłam więc o to.
- Co? Że Kacper? Albo wygląda jak Kacper.
- Co? Jaki Kacper? Nie!.. Duży, czerwony pompon.
Brzmi idiotycznie, co najmniej. Wiem, ale uderzyło to we mnie z mocą pioruna. Od razu wiedziałam o co chodzi, jednak zaczęłam się rozglądać pytając tylko "Gdzie? Ale gdzie?".
- Chciałam zawrócić, ale zauważył nas chyba dużo wcześniej niż ja jego. O Tobie nie wspomnę - zaśmiała się. A ja dalej go nie widziałam. Dopiero kiedy uniosłam wzrok ponad ludzi stojących naprzeciwko.. zauważyłam go.
Ten sam łobuzerski uśmiech mówiący "Witaj, piękna, cudownie wyglądasz". Ten sam wzrok. Ten sam.
Zmuszone do podążania dalej w tym kierunku (w końcu ma się jakiś honor, prawda?) ruszyłyśmy razem z zielonym światłem i tłumem ludzi. Znalazłam w końcu portfel, więc wyjęłam go, nie spuszczając z niego oczu. Czułam się strasznie.. Zawstydzona. Jak 13-latka, kiedy podoba jej się chłopak z innej klasy. Przeszłyśmy obok, ale wtedy się spojrzałam. Odważnie strasznie! Uśmiechnęłam się, wszyscy się przywitali (ja, on, ona). Ten sam łobuzerski uśmiech. TEN SAM wzrok. Aż byłam zdziwiona. Identyczny. Jak rok temu, kiedy kochałam go najmocniej.
Załatwiłyśmy zakupy (ja z drżącymi dłońmi) i ruszyłyśmy z powrotem, bo chciałyśmy załapać się na autobus w stronę szkoły, a najszybciej było jednak stamtąd. Oczywiście minęliśmy się drugi raz. Szedł zaraz obok, że prawie mogliśmy się zetknąć ramionami. Zerknęłam na niego. Uśmiechnęłam się. On się przyglądał. Pal licho, że szedł z dwoma dziewczynami. Przyglądał się mi. Tak jak kiedyś. Miłe uczucie.
~*~
Bez jakichkolwiek podtekstów. Nie jesteśmy związani od kilku miesięcy. Z resztą, zawsze to było jakieś takie.. Toksyczne trochę. Nie czuję do niego nic, poza sympatią. Sympatią, która rozbudza się właśnie w takich momentach, kiedy czuję się znowu jak cztery lata temu, kiedy się poznaliśmy. I jak dostałam od niego kwiaty. I w innych takich miłych momentach.. Dawno minęły, ale sympatia podobno pozostaje na zawsze.
Z resztą. Jeśli się kogoś kochało, to podobno zawsze się go kocha na jakiś sposób, prawda? Nie w ten sam, wykręcający serce, ale raczej.. Kocha się go jako wspomnienie części najpiękniejszych chwil. W ten sposób mogę przyznać szczerze i na pewno, że będę go kochać zawsze, właśnie tak. Kochać wspomnienie o nim, nie człowieka. Przecież nie jest już tym człowiekiem, więc jak miałabym coś do niego czuć?
Miłość przemija.
I used to be love drunk.
But now.. I'm hangover.
Wspominać wieczorem swoją (byłą) miłość i następnego dnia rano ją spotkać? W dodatku przez czysty przypadek i zbieg okoliczności?
~*~
Po czterech dniach nieobecności poszłam dzisiaj do szkoły. Z samego rana nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, poza tym, że zadzwoniła przyjaciółka i z uwagi na to, że nie widziałyśmy się przez kilka dni, poprosiła, abyśmy spotkały się po ósmej w zajezdni, gdzie przesiądziemy się w następny autobus. Zgodziłam się. Później nam się skomplikowało, miałyśmy jechać inaczej. Poszłam na przystanek, patrzę - jedzie autobus na zajezdnię. Miałam dużo czasu, więc pojechałam. W międzyczasie zadzwoniłam do niej, że zaczekam. Tak wylądowałam o 8:30 na zajezdni. Za chwilę jednak przyjechała i Ona więc pojechałyśmy do centrum. Zrezygnowałyśmy z pierwszej lekcji i pojechałyśmy kawałek dalej, aby zahaczyć w samym centrum o nasz ulubiony kiosk. Kiedy już opuściłyśmy autobus i udałyśmy się w kierunku danego sklepu, musiałyśmy przejść dwa przejścia przez jezdnię.
Środek miasta, więc tłok, ludzi pełno, samochody jeżdżą, a ja szukałam portfela na środku chodnika. Ona stała obok, opowiadając o swoim byłym chłopaku. Co jakiś czas przerywałyśmy jej opowiadanie salwą śmiechu. Szukania portfela w wielkiej Czarnej Dziurze ciąg dalszy. (a jest duży i czerwony, no błagam!)
- Chciałam go zablokować. Serio.
- I dlaczego nie zablokowałaś?
- Nie no chciałam, ale.. No nie. Nie.
W tym momencie spojrzałam na nią badawczo, zdziwiona lekko, że przerwała. Nie za bardzo zrozumiałam, o co chodzi, ale widząc jej minę, od razu spostrzegłam się, że musiała zauważyć po przeciwnej stronie przejścia kogoś, kogo nie chciała (nie chciałyśmy?) spotkać. Podążając za kierunkiem jej wzroku spojrzałam na ludzi na przeciwko. Zaraz przy jezdni było ich mnóstwo. Była pani w czerwonym płaszczu, pan z koszykiem, chłopak od nas ze szkoły i inny, który przypominał naszego kolegę. Zahaczyłam więc o to.
- Co? Że Kacper? Albo wygląda jak Kacper.
- Co? Jaki Kacper? Nie!.. Duży, czerwony pompon.
Brzmi idiotycznie, co najmniej. Wiem, ale uderzyło to we mnie z mocą pioruna. Od razu wiedziałam o co chodzi, jednak zaczęłam się rozglądać pytając tylko "Gdzie? Ale gdzie?".
- Chciałam zawrócić, ale zauważył nas chyba dużo wcześniej niż ja jego. O Tobie nie wspomnę - zaśmiała się. A ja dalej go nie widziałam. Dopiero kiedy uniosłam wzrok ponad ludzi stojących naprzeciwko.. zauważyłam go.
Ten sam łobuzerski uśmiech mówiący "Witaj, piękna, cudownie wyglądasz". Ten sam wzrok. Ten sam.
Zmuszone do podążania dalej w tym kierunku (w końcu ma się jakiś honor, prawda?) ruszyłyśmy razem z zielonym światłem i tłumem ludzi. Znalazłam w końcu portfel, więc wyjęłam go, nie spuszczając z niego oczu. Czułam się strasznie.. Zawstydzona. Jak 13-latka, kiedy podoba jej się chłopak z innej klasy. Przeszłyśmy obok, ale wtedy się spojrzałam. Odważnie strasznie! Uśmiechnęłam się, wszyscy się przywitali (ja, on, ona). Ten sam łobuzerski uśmiech. TEN SAM wzrok. Aż byłam zdziwiona. Identyczny. Jak rok temu, kiedy kochałam go najmocniej.
Załatwiłyśmy zakupy (ja z drżącymi dłońmi) i ruszyłyśmy z powrotem, bo chciałyśmy załapać się na autobus w stronę szkoły, a najszybciej było jednak stamtąd. Oczywiście minęliśmy się drugi raz. Szedł zaraz obok, że prawie mogliśmy się zetknąć ramionami. Zerknęłam na niego. Uśmiechnęłam się. On się przyglądał. Pal licho, że szedł z dwoma dziewczynami. Przyglądał się mi. Tak jak kiedyś. Miłe uczucie.
~*~
Bez jakichkolwiek podtekstów. Nie jesteśmy związani od kilku miesięcy. Z resztą, zawsze to było jakieś takie.. Toksyczne trochę. Nie czuję do niego nic, poza sympatią. Sympatią, która rozbudza się właśnie w takich momentach, kiedy czuję się znowu jak cztery lata temu, kiedy się poznaliśmy. I jak dostałam od niego kwiaty. I w innych takich miłych momentach.. Dawno minęły, ale sympatia podobno pozostaje na zawsze.
Z resztą. Jeśli się kogoś kochało, to podobno zawsze się go kocha na jakiś sposób, prawda? Nie w ten sam, wykręcający serce, ale raczej.. Kocha się go jako wspomnienie części najpiękniejszych chwil. W ten sposób mogę przyznać szczerze i na pewno, że będę go kochać zawsze, właśnie tak. Kochać wspomnienie o nim, nie człowieka. Przecież nie jest już tym człowiekiem, więc jak miałabym coś do niego czuć?
Miłość przemija.
I used to be love drunk.
But now.. I'm hangover.
czwartek, 4 grudnia 2014
02. Thinking out loud..
Aż sama się sobie dziwię, że słucham takiej "pościelówy".. Swoją drogą, gdzie ja w ogóle usłyszałam to określenie? Prawdopodobnie od mojej mamy, która jest fanką takich rytmów. Piosenka całkiem niezła, troszkę mdła, ale idealna na błogi, spokojny wieczór, kiedy wszystko się oleje i rozmawia z bardzo.. ciekawą osobą.
Co za ironia? Poznać kogoś tak podobnego i niestety tak oddalonego. Wyszłabym za mąż z miejsca i to pewnie dlatego tak jest. Zagadka rozwiązana.
Przyglądam się właśnie swetrowi zakupionemu w.. ostatni piątek. W ciuchbudzie, ciuchlandzie, lumpeksie - jak zwał, tak zwał - 2hand, wolę to określenie. Jest gruby. Kremowy. Rozpinany, z brązowymi guzikami. Przewlekany czarną nitką. Śliczny, jak na filmach świątecznych. Suszy się na grzejniku rozpalonym do czerwoności, bo jestem niecierpliwa i muszę go w końcu ubrać. Nie będę czekać cały grudzień, aż wyschnie. Nie wiem czemu wyprałam go dopiero teraz..
Podoba mi się jego sweter. Świąteczny. Granatowo, zielono.. czerwony. Z reniferkiem. Tak do niego pasuje.
A jutro szkoła. W końcu. W sumie potrzebuję wyjścia z domu, do ludzi, nawet jeśli tak mnie zdenerwują, że wyjdę z siebie. Zabawne jest to, że jest po 22, a ja nawet nie ruszyłam lekcji. Coś czuję, że mój sen dzisiaj nadejdzie późno.. Lub jutro będę nieprzygotowana. A to zagadka, którą drogę wybiorę?
Dobranoc!
01. Isn't it ironic? Don't you think?
Na początek coś, co doprowadziło mnie dzisiaj do płaczu i popchnęło do końca do stworzenia bloga.
"Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest a
przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
ukryte w was.
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.
Bądźcie pozdrowieni
za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność waszych dróg
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi."
Kazimierz Dąbrowski "Posłanie do Nadwrażliwych"
Ośmieliłam się zmienić tylko czcionkę.
Nie jestem jakąś fanką wierszy. Szczerze mówiąc, nie za bardzo lubię poezję.. Źle. Nie rozsmakowałam się w niej w ogóle i dopiero zaczynam czytać coś, co wpadnie mi w oko i zaciekawi, kiedy przeglądam wiersze. Na razie zwyciężają tylko te, co zaciekawią mnie, kiedy oko biegnie przez kartkę.
Ten jednak strasznie mnie wzruszył. Może dlatego, że utożsamiam się z nim. Może to trochę.. Wywyższanie się. Unoszenie się dumą. Jak to wyczuwam, to się wycofuję. Ale naprawdę utożsamiam się z kimś, do kogo napisany jest wiersz. Czuję, podskórnie też, że jestem jedną z Nadwrażliwych. Brzmi jak początek nowego rodu.
Dzisiaj znowu nie byłam w szkole. Trzeba dodać, że niedługo kończę liceum (swoją drogą, co za idiota wymyślił taką szkołę? kiedy indziej o tym) i to zły pomysł, że nie chodzę, ale aktualnie nie mam siły. W czwartek idę do psychologa. Nie widzę w tym sensu za bardzo. Jutro znowu poprawię makijaż, który zdążył się rozmazać, poprawię włosy i z czarną torbą na ramieniu ruszę przed siebie. Jestem leczona zamiast leczyć świat. To smutne, jak się do tego dojdzie.
Nie chcę brzmieć jak rozwydrzona panienka, której zabrali telefon, to stwierdziła, że nie będzie chodzić do szkoły. Czy coś. Słabe porównanie, ale oddaje chyba w kawałku co chciałam powiedzieć. Jak się przyjrzeć, to oddaje nawet moje podejście do świata. I do ludzi. Ale to zagłębiając się, a nikt nie zagłębia się w zwykłe, wypowiedziane zdania. Musiałyby być oprawione cudzysłowem i podpisane. Najlepiej jakimś ciekawszym nazwiskiem. Marketing trochę. I pomyśleć, że ja chciałam jeszcze niedawno siedzieć w biznesie..
Co chcę teraz. Nie wiem. Nie mam pojęcia.
Wiem natomiast po części, czego nie chcę. I tu znowu zabrzmię jak 15-latka.
Moją skończoną miłość oznaczę na wieki literą D.
Trzeba tylko dodać, (chociaż zabrzmi to niezwykle dziecinnie i nie przekona nikogo, oprócz mnie) że nie było to dziecinne uczucie. Trwało kilka lat i skończyło się niedawno, dlatego jeszcze mnie to denerwuje. Inspiruje mnie natomiast do tej pory. Inspiruje do podarcia gazety, czy potłuczenia ramki na zdjęcia. Jak i do wylewania się na blogu. I do malowania. Zawsze mnie inspirowało to uczucie w jakiś sposób. Było nowe. Ciekawe. Głębokie.
Później się zepsuło.
A teraz już go nie ma. No cóż. Chyba inne są ciekawsze. Albo to mnie znudził brak twardego stąpania po ziemi i ciągle narzekania. Kompletnie inne od moich, oczywiście. Mnie nie martwi, że buty kosztują 600 a nie 500. Nie kupuję takich.
Koniec. Zaszyję się w swoim małym, wrażliwym świecie. Kiedyś byliśmy zaszyci razem, ale już wystarczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)